
Kolagen jako podstawa tkanki łącznej, czyli najważniejsze ludzkie białko, był od zawsze w centrum uwagi medycyny, a z racji faktu głównej odpowiedzialności kolagenu ustrojowego typu I i III - za wygląd i kondycję skóry - także kosmetologii.
Pomimo drożyzny i nietrwałości takiego zabiegu, istotnego odsetka odrzutów i powikłań - jest to po dziś dzień jedyny sposób na realne zlikwidowanie ubytku w tkance skóry właściwej.
Włókniny kolagenowe poddawano także hydrolizie i dodawano do kremów, masek, maści. W tej funkcji kolagen sprawdzał się nieźle przez lata jako nawilżacz, ale oczywiście jako białko wielkocząsteczkowe, nie pokonywał bariery naskórka, nie był nigdy w kosmetologii substancją czynną, ani biologicznie aktywną.
Włókna kolagenu poddane rozdrobnieniu i hydrolizie to "padlina peptydowa", jak mówią kosmetolodzy. Jakby ich nie rozrzedzać i mielić - najdrobniejsze cząstki będą i tak znacznie większe od największych szczelin epidermy.
Ukształtowało to silny i zasadny pogląd, że kolagen nigdy nie będzie transdermalny. Nie wyobrażano sobie z resztą przez cały wiek XX kolagenu wyizolowanego z żywego organizmu w postaci trwałej poza ustrojem dawcy, innego niż "ogromny" masą cząsteczkową fibryl bądź włóknina.
I taki też "kolagen" funkcjonuje nadal w umysłach lekarzy, biologów i kosmetologów.
W Polsce lat 70-tych XX wieku wykształciła się na wysokim, światowym poziomie szkoła biochemii białek organizmów wodnych. Grupa naukowców dysponowała nawet pełnomorską jednostką badawczą: "Profesor Siedlecki". Do ich odkryć należy m.in. ekstrakcja protein spożywczych z planktonu (kryla antarktycznego).














